piątek, 24 lutego 2017

Fiszki podróżnicze Beaty Pawlikowskiej i moja nauka angielskiego



Dość dawno temu, miałam okazję się bliżej przyjrzeć fajnym fiszkom podróżniczym Beaty Pawlikowskiej do nauki języka angielskiego. Niestety, ale mój angielski dość mocno kuleje i dlatego zdecydowałam się na taką pomoc naukową, ale czy taka forma nauki się spisuje?


Na początku uczyłam się ich z wielkim zapałem i powiem szczerze, że taka forma fajnie się spisuje ponieważ sama decydujesz ile zdań chcesz się nauczyć i tak naprawdę jadąc do pracy zabierasz przykładowo 5 fiszek do torebki i w drodze sobie powtarzasz. Nie trzeba targać rozmówek czy podręcznika (słownika). Nauka za pomocą małych tekturowych karteczek jest jak najbardziej na plus, aczkolwiek wolałabym chyba jeszcze np. fiszki kulinarne, ot takie moje małe zboczenie zawodowe :)


Fiszki bardzo polubiliśmy z mężem. Uczymy się większości zwrotów, ale np. zdanie, że mam czarną febrę, to już nie przejdzie....

Cieszę się ogromnie, że trafiły one do mnie, ponieważ dzięki temu nawet mój małżonek chętniej po nie sięga i wzajemnie się odpytujemy. Jeśli nie mieliście styczności z fiszkami to żałujcie! Ponieważ jest to fajna sprawa, a ja polecam je z czystym sumieniem :)

Takie pudełko - koszt ok 39 zł. Do kupienia w hit saloniku.


Ciekawa jestem co sądzicie o takiej formie nauki języków obcych?

Pozdrawiam :)

4 komentarze:

  1. ciekawe... każdy ma swój sposób i najważniejsze by był skuteczny

    OdpowiedzUsuń
  2. W sumie fajny sposób, ja najczęściej uczę się oglądając filmy z napisami tak mi łatwiej ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. W Szwajcarii fiszki to glowna metoda nauki wszystkiego :P

    OdpowiedzUsuń
  4. Lubię Pawlikowską :) Zwłaszcza te jej teksty na żółtych kartkach, których pełno w sieci :)

    OdpowiedzUsuń

Dziękuję za każdy pozostawiony komentarz

Dziękuję, że mnie zaobserwowałaś/eś

Zapraszam częściej :)